z archiwum – jak było na początku #2

17.10.2013

Trochę wyników przyszło, ale dalej nic nie wiadomo. Szukają dalej… Paweł nie dostaje żadnego konkretnego leczenia, tylko objawowe. Szlag mnie trafia!

Ja w tym czasie w poczuciu winy, zachwycam się Portugalią, ale może tak właśnie ma być, bo przecież atmosfera tego kraju to wieczna tęsknota zapisana w melodiach fado.

MOŻU wczoraj obchodziło swoje 6. urodziny. Po oficjalnej części w siedzibie organizacji i wspaniałym torcie z grubą warstwą lukru, odbyła się część znacznie miej oficjalna. Zostaliśmy zaproszeni do knajpy „Bioco”. Dostaliśmy zupę z bardzo trudnymi do jedzenia rybami…była w tym też raia. W jakiś magiczny sposób skojarzyłam ją z płaszczką. Wszystko wymieszane w wielkim kotle z ziemniakami, marchewkami, nie sposób rozróżnić smaków. Ach, zresztą… nic to specjalnego! Co istotne: alkohol był w nieograniczonych ilościach i rodzajach. Zaczęliśmy od piwa SAGRES, które nazwę wzięło od miasteczka na zachodzie Algarve, gdzie podobno zawsze dobrze wieje. Nie jest tam wcale produkowane, tylko tak się po prostu nazywa. Potem była sangria. Muszę wziąć te wszystkie przepisy do kupy… ta pierwsza była z jabłkami, pomarańczą… i nie wiem czym jeszcze, w każdym razie -bardzo dobra i słodka. Wszystko to pływało w czerwonym winie z lodem. Kolejna była z jakimiś jagodami lub jeżynami, ale wyglądały one jak porzeczki. Również pyszne! W międzyczasie Catarina poczęstowała mnie lokalnym trunkiem: aguardente medronho [aguardente mydroniju]. Tylko usta umoczyłam, a wypaliło mi całą jamę ustną i kawałek gardła. Jest to czysty spirytus produkowany tylko w tym regionie. Rodzaj samogonu sporządzonego z odmiany jakiejś egzotycznej gruszy-jak podaje Google i wyświetla owoce podobne do liczi, a Wikipedia właśnie podała nazwę po angielsku ‚strawberry tree’ co już zupełnie mnie dezorientuje. W każdym razie trunek był przechowany w plastikowej butelce. Zastrzeżono mi przy tym, że jeśli pić aguardente medronho to tylko takie spod lady właśnie i tylko w Algarve, bo te co stoją w sklepach są chrzczone i pozbawione swoich naturalnych zdrowotnych właściwości. Jak każdy mocny alkohol są dobre po ciężkich posiłkach na różne problemy żołądkowe. Zupełnie jak nasza orzechówka! Więcej już nowego nie próbowałam. Potem okazało się, że urodziny ma jeszcze Teresa i załapaliśmy się na kolejny tort. Niebawem przybyli lokalni muzycy. Do końca (przynajmniej mojej) imprezy grali muzykę brazylijską. Pośród nich był facet o imieniu Joao. Ma on fabrykę gitar i zachwycał się nad polskimi klonami. Jakie mają świetne, białe drewno, bez sęków, i to drewno od nas importuje właśnie. Poza tym bardzo często lata do Brazylii i tamtejszą muzykę wygrywał nam tego wieczora. Cały czas się uśmiechał, jak typowy Brazylijczyk, choć pochodzi z Olhao. Akompaniował mu jeszcze bas, druga gitara, i coś jakby bębenek. Obecni goście przyłączali się do śpiewania i klaskania i oczywiście ja również tak uczyniłam. Rozmawiałam jeszcze z lokalnym przedsiębiorcą na temat bycia liderem i trudnych jego decyzji oraz odpowiedzialności. Okazało się że jego babcia to Polka, a on sam umie robić zrazy i pierogi i bardzo je lubi. Zaraz zrobiła się godz 2.oo i już nie dopytałam się jakim to biznesem się zajmuje. Opowiedział jeszcze o tym jak powstało MOJU. Tak w skrócie, był to pomysł znajomych z liceum na zasadzie”hej zróbmy coś fajnego dla dzieciaków, dla miasta” i tak się to rozrosło, że teraz każdy w Olhao słyszał lub w jakiś sposób jest związany z MOJU. Okazało się, że cała obsługa knajpy działa w organizacji, a właściciel jest naszym vice prezesem. Poza tym mają oni regatowy jacht i co wtorek, latem pływają sobie po okolicznych wyspach. Następnym razem wybierają się w grudniu, bo teraz słabo wieje i mniej czasu mają. I co najważniejsze płynę z nimi! No, kurcze czuję, że żyję i to moje życie jakoś tak ładnie się komponować zaczęło i Ewelina też może pięknie żyć!

Reklamy

z archiwum – jak było na początku #1

4.10.2013

Poszłam sobie dziś na spacerek. Czuję się już dużo swobodniej. Wiem mniej więcej gdzie co jest. Byłam w pięknej galerii handlowej „Ria Shopping” o bardzo przyjemnej architekturze. Szkło, beż, drewno, lekkość, porządek. Zamiast dachu rozpięte są ogromne parasole. Nie wiem czy płócienne, być może tylko tak stylizowane, w każdym razie między murem, a nimi jest przestrzeń. Na ostatnim piętrze tarasy i kawiarenki zachęcają do zatrzymania się na chwilę i odetchnięcia przy jednym ze stolików. Większość sklepów, już dawno po 10.00, była jeszcze zamknięta.

Dalej wyruszyłam na podbój centrum i starówki. To wszystko w odległości 15 min od mojego miejsca zamieszkania. Minęłam ‚cubo’ – duży sześcian, nowoczesna rzeźba, który wszyscy w mieście znają i jakbym się zgubiła to o niego właśnie mam pytać, i poszłam po drobnej błyszczącej kostce w kolorze écru w stronę oceanu.

W moim miasteczku nie ma niestety plaży. Jest za to rozległy port rybacki i jachtowy. Po drodze zaszłam na targ gdzie rybacy zachęcają (krzyczą głośniej niż ci od jagodzianek nad Bałtykiem i piwa jasnego w PKP) do kupienia przeróżnych stworów morskich. Nawet nie jestem w stanie ich ponazywać. Błyszczące niczym aluminium ryby, inne bardzo długie ułożone jak porządna buchta, obok ośmiornice i jeszcze takie cienkie poukładane jak dachówka. Wszędzie hałas, zamieszanie, turyści robią zdjęcia, więc i ja, bez skrępowania cyknęłąm kilka. W podobnym budynku tuż przy nabrzeżu kolejne targowisko, tym razem bardziej spokojne, bo z owocami, warzywami i lokalnymi wyrobami. Tutaj obsługują panie. To nie tylko sprzedaż, to też spotkania i rozmowy.

Przysiadłam w końcu w kafejce tuż przy porcie, zamówiłam kawkę, plus, tradycyjne pastel de nata oraz… łał mają tu sok z goiaby!

ostatni wpis z Portugalii

Tagi

, , , ,

DSCN4345

Pojutrze już wracam do kochanej Polski ! 😀 

W końcu po raz ostatni spotkałam się z szefuńciem całego tego MOŻA. Oddałam raport który zawierał śmieszne historie z tego bloga ujęte w najpoważniejszy sposób i wszystkie te moje uczucia w tym zawarłam. Jak to mi smutno było i samotnie i jak to czułam się dyskryminowana i generalnie źle. Nie da się z tym dyskutować – to moje odczucia. Na koniec kulturalnie uścisnęliśmy sobie dłonie, zaprosiliśmy w przyszłości do swoich krajów i zadeklarowaliśmy wzajemną pomoc. Wiadomo, że to tylko słowa, ale może uczę się dyplomacji. Stwierdził jeszcze tylko, że nie zrozumiałam, że nie mogę mieć wszytskiego. Hmm… ciężko mi przychodzi czasem akceptować rzeczy co nie idą po mojej myśli, ale było tego za wiele, więc będę dalej mieć żal. Wiem jednak, że z czasem zatęsknię za Portugalią i uroczym Olhão i Armoną, za dzieciakami. Wiem, że smuteczek może mnie jakiś ogarnąć po powrocie.

Jedno jest pewnie: teraz wiem co dalej w życiu. Taki miałam z tej wyprawy wniosek sobie przywieźć i oto jest. Ja nie jestem jak te dzielnice – no future. Ja mam pomysły i stęskniłam się za ciężką pracą. Bardzo dobrze.

Ostatnie tygodnie spędziłam na przewodnikowaniu rodzicom co mnie tu odwiedzili. Taka się czułam ważna i doceniona. W końcu komuś potrzebna – jaka to cudowna odmiana! Codzienność była wakacyjna i pełna wrażeń. Rodzice to takie fajne osoby. Potem dwa tygodnie pisałam raport nieszczęsny. Na sam koniec nie dostałam urlopu, choć mi się należał. By zachować klasę nie porzuciłam pracy, a w zasadzie przecież mogłabym. Gdy przyjechała koleżnka z Polski każdy dzień dzieliłam między podróże z nią i obowiązki. Dobre zarządzanie czasem jednak przyniosło efekty i udało się wszystko ładnie zgrać.

Późnym popołudniem, dopiero kilka dobrych godzin po rozmowie z szefunciem, zrelaksowałam się. W końcu włączyłam polskie radio i wpadłam w wir pakowania. Na chwilę obecną stan rzeczy moich jest taki, że właściwie mogłabym jechać już zaraz. Jednak jeszcze całe jutro przede mną… może jakiś powolny spacer uskutecznię i zrobię kilka ostatnich zdjęć.

DSCN4398

 

piknik pod mostem

Tagi

, , ,

3

W końcu, po ponad tygodniu umawiania się, spotakłam się ze swoim koordynatorem aby oficjalnie oznajmić mu to że się stąd zmywam. Powiedzał, charakterystycznie dla siebie, że teraz to ja będę bardzo potrzebna. Ale takie zarzekanie się to ja słyszę już zbyt długo i więcej się nie dam nabrać. Chodzi mu wybitnie o to, że straci finanse – przecież 600 euro miesięcznie piechotą nie chodzi. Pazerność jego sięga takiego stopnia, że chciałby abym sama sobie kupiła bilety powrotne do Polski, a on jak cośtam posprawdza to wtedy mi odda pieniądze. Będę się jednak upierać by inaczej to załatwić, bo z pewnością pieniędzy swoich więcej bym nie zobaczyła. Cała ta organizacja to banda cwaniaków i jeden wielki przekręt.

Ale ja już to wiem.

Perspektywa powrotu do Polski napawa mnie optymizmem, choć też mam swoje różne obawy… i jak to życie posklejać od nowa? Jak wytłumaczyć sobie samej, że coś mi to wszytsko dało i nauczyło?  Mimo to krąży teraz więcej dobrych fluidów.

MOJU organizowało konkurs zespołów amatorskich i znowu nalewałam piwo. Dlaczego nie mogłam pomagać tego organizować i ciągle jestem na poziomie nalewania piwa tak jak wtedy gdy tylko przyjechałam i nic nie mówiłam po portugalsku? Już wiem, bo dowiedziałam się o przesięwzięciu na dzień przed! Znowu więc do 4 rano stałam i nalewałam to piwo lub sangiję, a co chwila przyplątywał się jakiś pijany koleś. Był jeden zespół co mi się podobał całkiem. Chłopak i dziewczyna na gitarze: Ana Rostron & João Kaiano. Cieszyłam się gdy wygrali. Choć nie byli to z pewnością amatorzy.

Z całego tego poświęcenia wyszła jedna dobra rzecz. Znajomy co kiedyś w październiku jeszcze wypytywałam go o żaglówki zaproponował mi przyłączenie się do całodniowego rejsiku po Ria Formosa. Od razu się zgodziłam, choć nie wierzyłam do końca, że coś z tego wypali. Ale jednak! Cały wtorek spędziłam na żaglówce! To nic, że żadne to żeglowanie i nikt poza mną i kapitanem nie wiedział co się dzieje na pokładzie. Ale radośnie mijał mi ten dzień. Przecież tak chciałam zawsze tu pożeglować troszkę i udało się. Co prawda w towarzystwie old boyów i nie do koća żeglarzy, ale jest. Może jeszcze kiedyś mnie zabiorą ze sobą.

2

Od kilku tygodni jest już bardzo ciepło. Deszcz nie pada w ogóle i codziennie jest psychodelicznie niezmienna pogoda: słońce, bezchmurne niebo, nigdy już nie mniej niż 25 stopni. Niebawem zacznę pisać o tym jak to jest strasznie gorąco. Przypadkowo zapoznawani Brytyjczycy stale twierdzą, że latem jest nieznośnie i swoje kolonialne domy na ten czas wynajmują.

pogoda

Klika dni po tym żeglowaniu i na kilka godzin przed samym wydarzeniem (po 1 w nocy, a wyjazd o 10.20), zostałam zaproszona (lub nie) na piknik nieopodal Cachopo. Nese nie powiedziała mi o tym wcześniej. Sami z Nikolą przygotowali w nocy kilka potraw. Tutaj 1 maja jest święto narodowe również i sklepy są pozamykane. No to nieźle mnie urządzili… Bez swojego wkładu , nie uśmiecha mi się tam w ogóle jechać. Znalazłam jednak jeden otwarty sklep i kupiłam ciacho czekoladowe. Co do świętowania samego to wszystkie Portugalczyki jadą z tej okazji w plener i piknikują. Jechaliśmy i my, chyba ze 30min i myślałam, że to będzie jakieś specjalne miejsce, że może ktoś ma działkę nad jeziorkiem, że jest to naprawdę coś na co warto czekać. Tymczasem zatrzymaliśmy się na drodze przed malutkim mostkiem. Miejsce piknikowania było pod tym mostkiem. Tak właśnie – górą jeździły auta a my przy cieku wodnym się rozłożyliśmy ze stołami i jedzeniami (bo to taka kałuża była z jakimś tam ledwo nurtem). Zaproszeni byli rodzice, ciotki, babcie, jedna prababcia oraz sąsiedzi i znajomi z dziećmi. Niektórzy z gorąca nużali się w tej wodzie nieopodal, ale jak dla mnie to brudne zajęcie było, bo w wodzie dominowały tatarak i trzcina a nie ciecz. Sielsko całkiem i sympatycznie wyszło. Nawet dałam się namówić na spróbowanie ślimaków. W sumie nic to specjalnego. Były dobrze przyprawione, co mogło się podobać. Więcej zabawy miałam z pokonaniem psychicznej bariery. Ale się udało i zjadłam całe 5 sztuk.

1 22

 

Kilka dni potem przyjechali w odwiedziny do mnie tutaj rodzice i teraz nimi się zajmuję. Są zachwyceni Olhão i całą Portugalią. No tak, bo stawia się tutaj na powierzchowność, prowizorkę i pierwsze wrażnenie.

misz masz

Tagi

, ,

flaming

flaming

Emocje po wyspie już opadły i smutek minął. Jeszcze na fejsbuku czasem na założonej grupie ktoś coś popisze, albo link z tradycyjną muzyką z Belgii lub Cypru się pojawi i się zastanawiam czy będę w stanie powtórzyć kroki do tych wszytstkich tańców jak już wrócę do Polski.

Mieliśmy Wielkanoc w zeszły weekend. Oczywiście wszelkie Święta najlepsze na świecie są w Polsce. Tutaj w ogóle żadnej tradycji nie dane mi było zapoznać. W sklepach na próżno szukaliśmy farbek do jajek, gdzieś na półce mingnęło dziwne ciasto z gotowanym jajkiem w skorupce przytwierdzonym na wierzchu. Koordynator zaprosił nas początkowo na uroczysty obiad w niedzielę, ale z powodu deszczu wszystko zostało odwołane. Przyjechała do mnie jednak w odwiedziny Zofia z Lizbony – Polka i tak po polsku trochę się zorganizowałyśmy. Z czasem do świętowania przyłączyli się moi współlokatorzy i wyszło bardzo sympatycznie. Była sałatka warzywna i jajka z cebulnika. Nese pierwszy raz w życiu zrobiła pisankę, Nikola zainicjował bitwy na jajka. W poniedziałek był tradycyjny śmingus dyngus, ale już obiad był w stylu fusion – burek z ziemnikami lub szpinakiem i serem feta do wyboru.

Z Zofią łaziłyśmy na spacery mimo niepogody i w końcu zaszłyśmy pieszo do pobliskiej Fusety. Byłyśmy również w Parku-nieparku Ria Formosa. Znowu zobaczyłam flamingi, tym razem nie były już takie różowe jak jesienią. Brakuje mi jeszcze spotkać kameleona…

jajka

jajka

 

Jeszcze tradycyjnie na koniec trochę ironii: W czasie przerwy świątecznej dzieci nie chodziły do szkoły. Zamiast tego codziennie miały jakieś zajęcia organizowane przez opiekunów z MOŻU. Nikt nie poprosił nas o pomoc w jakimkolwiek przedsięwzięciu. Widziałam za to plan na ścianie kilka dni wcześniej. Zapisane wszystko odręcznie i niezbyt czytelnie. Prosiłam kilka osób o przeczytanie i przetłumaczenie, bo byłam ciekawa co to będzie się działo przez ten czas. Nie dowiedziałam się jednak niczego, nigdy nie było na to czasu, albo kompetencje językowe okazywały się za słabe. O.k. porzuciłam dalsze wnikanie i tak jak dzieci, też mieliśmy wszyscy tydzień wolnego. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, można by coś na ten czas zaplanować i zapodróżować. Przyszłam, więc z ciekawości, z nudów na chwilę do świetlicy. Spotkałam dzieci czekające na opiekunkę. A dokąd idziecie, dzieci? Czekamy na Ankę i idziemy na łódkę z żaglem! Początkowo nie rozumiałam, ale zaraz przypomniały mi się opowieści instruktora i odpowiednie słownictwo. No cóż, wkurzyłam się… Przyszłam do domu i zapytałam swoich wolontariuszy: ej, chyba wszyscy w MOŻU wiedzą od dawna, że interesuje mnie żeglarstwo, co? Zgodzili się ze mną: Tak, tak, no ba! Wniosek taki: Poszli na żaglówkę i nic mi nie powiedzieli! A jeszcze tydzień temu rozmawiałam z koordynatorem o tym, że tak bardzo mi przykro, że tego żeglowania w żadnym zakresie nie jestem w stanie tu realizować i nie ma żadnych ku temu możliwości.

Pogoda znacznie się poprawiła, więc w plan swojego działania w ramach EVS wpisuję OPALANIE.

Postanowiłam w czerwcu zakończyć użeranie się z całym tym MOŻEem i wrócić do Polski, do normalności. Jeszcze nikomu oficjalnie nie powiedziałam, ale podejrzewam, że i tak pewnie by się nie zorientowali. 

DSCN4106

 

 

szkolenie na wyspie Armona

Tagi

, , , ,

No i proszę bardzo. Bez oczekiwań – bez rozczarowań. Wspaniały triumwirat zorganizował szkolenie – wymianę międzynarodową na wyspie Armona. Temat: Sport jako narzędzie ku włączeniu społecznie wykluczonych. Od początku swojego przyjazdu do Olhão tylko słyszałam o tym, że ma się odbyć, ale do organizacji tego przedsięwzięcia dostępu nie miałam. Chodziłam, prosiłam o jakieś zajęcie, robotę, żeby też mieć udział i być z siebie dumnym, żeby się nauczyć i kiedyś może samemu takie coś stworzyć, żeby być team playerem. Nic z tego. Całość więc blasku przypadła moim trzem współlokatorom. Uznałam tyko: niech w takim razie dzieciaki się pobawią w organizatorów! Jestem pewna, że szkolenie byłoby bardziej sensowne bardziej pouczające gdybym mogła wziąć udział w planowaniu zajęć. Wyszedł więc z tego bardzo sympatyczny chillout i przerwa w mojej marnej tutaj codzienności. Ale niech mają!

Dziwnie przebiegła rekrutacja uczestników z Polski. Organizacja partnerska wysłała tylko jednego uczestnika, a drugi który się zgłosił był moim znajomym. Trzecia uczestniczka spontanicznie wyprawiła się prawie w ciemno. Ogłoszenie o naborze zostało wysłane na 3 dni przed rozpoczęciem całego obozu. Oczwiście węszę w tym podstęp i machloję. Może oni po prostu generalnie dyskryminują Polskę i Polaków ze mną na czele?

Przebieg szkolenia w miarę po kolei:

Pierwszy dzień spędziliśmy całkiem leniwie czekajac na przyjazd wszystkich uczestników. Poplażowałam więc troszkę, poszłam w jedno miejsce pełne wspomnień i tak minął dosyć pusty dzień. Z mojej inicjatywy wieczorem bawiliśmy się w name games.

Drugi dzień minął na „Introduction” w czym zawierały się same gry i zabawy, także i tym razem poszłam w czasie poobiedniej, półtoragodzinnej przerwy na plażę. Pieknie! Świetne szkolenie! A gdzie tytułowy sport? Czekamy. Ach i jeszcze jedna rzecz, co mnie rozbawiła. Nikola zorganizował wspólne ustalenie zasad kórych będziemy przestrzegać, bedąc razem tu na wyspie w międzynarodowym towarzystwie. „Respektujemy siebie nawzajem i sprzątamy własny bałagan”. Ha ha ha! Niezły z niego polityk będzie. W naszym mieszkanku jest on przecież syfiarzem numer jeden i nie chciał uszanować mojej prośby o sprzątaniu jednego, głupiego garnuszka. A teraz stoi na środku i wygłasza hasła o szacunku.

Dzień trzeci. Popłynęliśmy do Ohãlo na grę terenową. Obiad w knajpie dla wszystkich i zaraz potem biegaliśmy po całym miasteczku. Czas wolny – Ewelina, zaprowadź nas do sklepu z (tu wstaw dowolny przedmiot). Męczące zajęcie, ale czułam się z tym dobrze. Trochę jak przewodnik. Odpowiadała mi ta rola, dawno nie byłam potrzebna komukolwiek.

Dzień czwarty: Zaczęło się na sportowo – gra w dwa ognie. Taki poziom treningów mi odpowiadał, biorąc pod uwagę moje wysportowanie.

Dnia piątego: odwiedziły nas dzieciaki z MOŻU. Ach, powiało rzeczywistością! Dobrze popatrzeć jak inni przy nich się uwijają. Ja z dystansem robiłam swoje minimum.

Dnia szóstego: Rano – czas wolny. Zebrała się wesoła grupa, która uparła się jechać do Faro. Znowu byłam przewodnikiem. Było tak sympatycznie, że mimo iż już wielkorotnie byłam w Faro to zabrałam się po raz kolejny. Ot, tak po prostu, żeby mieć przygody z nowo poznanymi ludźmi. Wdrapaliśmy się, więc na najwyższy punkt w mieście – wieża kościoła, by wspólnie podziwiać panoramę na Ria Formosa oraz lotnisko. Z tego turystycznego rozpędu kupiłam sobie nawet pamiątkę. Po południu Cypr dorwał się do organizacji sesji treningowej. Tym razem już nie było tak łatwo. Zestaw ćwiczeń aerobikowych. 20 sekund wykonywanie jednego ćwiczenia, bardzo intensywnie i przerwa na 10 sekund. Zaledwie 6 ćwiczeń do wykonania, a w 10 minut położyli na łopatki cały obóz.

Dnia siódmego: w porannych ćwiczeniach nie brałam udziału, bo nie byłam w stanie się poruszać z powodu zakwasów po ostatnim wycisku. Po południu poszliśmy do ludzi z przekazem jak sport jest ważny. Podzieliliśmy się na sekcje: taneczną, sportową i tą od gier na wyścigi. Czatowaliśmy na ludzi przybywających barką na wyspę aby przyłączyli się oni do naszych zabaw. Zebrało się kilka dzieciaków zaledwie i starsza pani. Nieważne, my dobrze się przy tym bawiliśmy. W końcu opanowałam kroki do danza kuduro!

W przerwach obiadowych zrezygnowaliśmy w pewnym momencie z plażowania, a potem już przy każdej możliwej okazji graliśmy w siatkę. Chętnych było za dużo, ale zabawy przy tym też było proporcjonalnie dużo. Nie graliśmy dobrze, a marnie. Czułam się jednak, że mam swoją drużynę, jestem potrzebna. Cudownie!

Cypr zobowiązał się w przyszłym roku zorganizować imprezę u siebie. Bardzo na to liczę!

Dzień ósmy: Zaczęły się pożegnania i sama się też popłakałam. Z Polakami spędziłam jeszcze kilka godzin czekając z nimi na autobus i, kurcze… tak chciałam z nimi do Polski się już móc zabrać.

Taki post na szybko posyłam, wielki bo Wielkanocny.

 

zaległy post drugi

Tagi

, ,

DSCN3911

Przyjechał Paweł i dlatego właśnie zaniedbałam wpisy na blogu. Twórczość moja opiera się głównie na codzinnych cierpieniach, więc kiedy nastało zupełne szczęście , całkiem zabrakło mi inspiracji. Tym razem pogoda nam dopisała (przynajmniej w Olhao) , a wszystkie niesforne Portugalczyki zostały zastąpine jednym, normalnym Pawłem.

Rowerami zwiedziliśmy pałacyk w Esztoi i jeszcze raz pojechałam do Lizbony gdzie spędzaliśmy czas właśnie tak jak marzyło mi się w październiku, po wizycie w tym mieście po raz pierwszy. Mieliśmy świetny plan i udało się go cudownie zrealizować. Niestety pogody nie udało się przebłagać i lało – nie było więc warunków na zwiedzanie słynnych ogrodów w Sintrze. I serce jeszcze ciągle piszczało, że tak mało czasu mamy dla siebie.

Za dwa dni po powrocie oznajmniono nam – wolontariuszom, że mamy szykować się na wyjazd na szkolenie middle-term training, co po raz kolejny odbędzie się w Bradze. Data: pojutzre. O.k. Nauczyłam się już przymusowej spontaniczności. Odetchnęłam tylko z ulgą, że terminy nie kolidowały z wizytą Pawła.

Sympatyczny Fotograf zaoferował się z pomocą dotarcia na lotnisko i o szalonej (jak dla Portugalczyka) 6.oo zjawił się w umówionym miejscu. Znowu poryczałam się, tym gorzej, że nie wiadomo kiedy się teraz zobaczymy. Bilety do Portugalii z powodu zbliżającego się sezonu osiągają kosmiczne sumy.

Szkolenie w Bradze weszło jak jasne światło w mój szary świat i kazało być przytomną. Niewiele jednak mnie ocuciło. Spotkałam tam ludzi podobnie zadowolonych ze swoich EVSów. Poczułam się raźniej i zaczęłam akceptować swoją sytuację. Skoro nie mogę uzyskać niczego co chciałam od innych, zacznę skupiać się na sobie. Utworzyłam projekt na przyszłe miesiące. Wyrzeźbiłam plan. Daję jeszcze jedną szansę aby zaistnieć w MOŻU, ale nie mam co do tego żadnych oczekiwań. Generalnie robić będę tak zwane swoje. Trenerzy skakali dookoła próbując zarazić nas swoją wesołością i entuzjazmem. Bezskutecznie. Tak, nie tylko mi oklapły uszka. Atmosfera w niczym nie przypominała poprzedniego szkolenia. Sympatyczne było spotkać ponownie znajome twarze i dodać nowe do fejsbuka. W drodze powrotnej zahaczyłam jeszcze z Klaudią o Aveiro – tzw. Wenecję Portugalii. Ale że padało, bo to północ, to spędziłyśmy tam tylko kilka godzin i dalej powioło mnie do Lizbony. Pogoda nie miała się poprawić, a buty miałam całkiem przemoczone. Klaudia zaprosiła mnie do siebie. Okazało się, że mieszka jeszcze tam Polka – Zofia. Opowiadała o sposobach na zapoznawanie ludzi i zainspirowała do kolejnych prób – całkiem out of the box. Dziewczyny z własnej kieszeni płacą za elektryczność, więc nie naciskałam na włączenie grzejnika. Zmyłam się stamtąd zaraz więc do swojego słonecznego Algarve.

Wchodzę do domu a tu niespodzianka. Cały korytarz zawalony rurami, kurzem, farbami, wiertarkami, papierami. Acha! Naprawiają tę awarię z wodą! No to nic, lecę pod prysznic po męczących podróżach. I… nic nie leci! Zacisnęłam zęby, znalazłam butelkę z wodą co kiedyś służyła za termoforek, zrobiłam herbatę i… zaakceptowałam. Bez prysznica poszłam jeszcze tego samego dnia do pracy.

Test na akceptację zaliczony na 5 !

zaległy post pierwszy

Tagi

, , , , , ,

Odwiedziny Dominika były sympatycznym odświeżeniem mojej doli – niedoli w Olhão. Pokazałam mu miasteczko. Zwracał uwagę na rzeczy obok których zwykle przechodzę obojętna. Jego nastrój udzielił się i mi. Poczułam się znowu jak podróżniczka. Początkowo czułam się dość skrępowana. Ja, samotna w Olhão, zapraszam chłopaka i sobie z nim mieszkam przez 3 dni. Jakoś to jednak przezwyciężyłam i ponownie polubiłam swój los. Dominik zabawiał mnie swoimi opowieściami o survivalowych przygodach oraz nowymi, wegetariańskimi przepisami. Zwłaszcza urzekł mnie tym na pizzę. Nie robi się zaczynu. Świeże drożdże kruszy się do szklanki i do 3/4 wysokości zalewa oliwą z oliwek. Nie czeka się aż ciasto wyrośnie, a mimo to placek jest puszysty i miękki. Dodatkowo, co również zaskakujące – dodał całe jajko. Pyszne!

PIZZA DOMINIKA

leci tak:

50g żywych drożdży

1/2 szkl. gorącej wody

1/4szkl. mleka

1 łyżka cukru

500g mąki

Drożdże pokruszyć do szklanki, zalać oliwą z oliwek i dobrze wymieszać. Płynne składniki wlać, a suche wsypać do mąki. Następnie ugniatać przez 15min. Rozwałkować, ułożyć na blaszce wysmarowanej tłuszczem. Posmarować koncentratem pomidorowym i ułożyć ulubione składniki. Przepis jest absolutnie sprawdzony. Po wyjeździe Dominika odtworzyłam go z Pawłem i pizza ponownie była świetna.

Oprócz tego gotowania tradycyjnie po polsku ponarzekaliśmy na Portugalię, warunki lokalowe i tak dalej i tak dalej. Dominik, tak jak ja i Paweł, lubi porządek. A więc gość nie zburzył mojego delektowania się pustym zlewem. Mieszkał jecze niedawno z dziewięcioma innymi wolontariuszami (obecnie jest to zaledwie 6 osób), a z jednym wciąż dzieli pokój, rzadko widuje więc puste zlewy i ogólnie pojętą czystość. Wszystko to zapewniła organizacja Dla Atlantyku.

W międzyczasie miałam dodatkowe dwie, indywidualne lekcje z Zuzanną. Zachęcona jej sympatycznością, poprosiłam ją o podwózkę na lotnisko celem przywitania Pawła. Chętnie się zgodziła i z ulgą odetchnęłam. Wcześniej prosiłam o to 6 innych osób i nikt nie był w stanie mi pomóc.

Sprawa z tym transportem nie jest łatwa do ogarnięcia na własną rękę. Pierwszy autobus lub pociąg na trasie Faro – Olhão odjeżdża ok. 7 rano, a ostatni o 22:00. Następnie trzeba dostać się jakoś na lotnisko. Jeżdżą tam czasem autobusy, podróż trwa ponad pół godziny, a wiedzie przez mieścinę Montenegro. Taka nazwa na przydrożnej tablicy o wczesnej godznie porannej wyrywa z prerażeniem ze snu i pozostawia w napięciu przez resztę podróży. Raz tylko skusiłam się na takie przygody. Ogólnie rzecz biorąc rozkłady jazdy zupełnie nie obejmują godzin przylotów lub odlotów na lotnisku. Zawsze są albo za wcześnie albo za późno.

Zuzanna w drodze powrotnej pokazała nam miasteczko gdzie mieszka i zaprosiła nas na herbatkę przy weekendzie. Kilka dni wcześniej naprawiłam drugi rower. Niewielkie Pyszał zostało więc naszym pierwszym celem wycieczki rowerowej. Foto niestety nie mam, bo karta pamięci aparatu się popsuła. 

pogodnie i wesoło

Tagi

, , ,

DSCN3322

No i pojechali ci moi wspólokatorzy na swoją wspaniałą przygodę do Maroko. Na początku smutek był, taki żal straszliwy, że beze mnie, że nawet nic nie powiedzieli. A ja, taki odrzucony mebel. Eh! Chwilę później pojawiła się racjonalizacja: przecież zaraz by mi coś nie pasowało, że za długo, że nie zgodnie z planem i bym się denerwowała, że taki kawał przyleciałam, a siedze tu i czekam w hostelu na nich, aż po szalonej nocy wydobrzeją. Tak jak w Lizbonie było. Nikola i Nese kulturalnie się pożegnali. Linda czmychnęła, a Marta za nią – obie bez żadnego „Tchau!” nawet. No nic, zapisuję sobie te wszystkie rzeczy skrzętnie w kajeciku, hehe…. Kiedy już sobie poszli wzięłam się za sprzątanie, wycieranie i układanie rzeczy po swojemu we wszystkich wspólnych strefach. Z chwili na chwilę zaczęła mnie ogarniać coraz większa radość. Wygodnie rozłożyłam laptop w kuchni na czystym stole. Zaraz na fejsbuku znajomy z Bragi napisał, że chciałby odwiedzić mnie tutaj. No, świetnie po prostu! Nie będę taka znowu samotna. Są ludzie! Sięgnęłam poziomu euforii i umyłam toaletę. Całej dobrej energii starczyło mi jeszcze na dzień kolejny i rowerem pojechałam do sąsiedniej miejscowości. Klęłam po drodze niesamowicie, bo niby tylko 10km, ale większosć pod górę, a jak już było z górki to wiatr wiał w twarz i wyhamowywał mnie na tyle, że i tak musiałam pedałować. Aż w totalnej chwil zwątpienia zapytałam panią przy drodze, czy ta Fuseta to na pewno kiedyś natsąpi. Ze zdziwieniem wszystko zrozumiałam co mi odpowiedziła. Najpierw bar „TOP 60”, potem bar „Ria do Frango” i zaraz w prawo będę za nim skręcać, a potem już cały czas prosto. I tak wszystko było.

Po południu poszłam z dzieciakami na huśtawki. Oczywiście wcześniej przekupiłam je ciastkaimi czekoladowymi. Może kiedyś nauczone moim nowym, dobrym zwyczajem będą bardziej entuzjastyczne do moich propozycji spędzania czasu. A ja tak będę raz mieć ciastka, a raz nie mieć – co by nie zbankrutować.

Niebawem, więc będę mieć gościa i Paweł przyjeżdża i super! A słońce świeci coraz mocniej i cieplej się robi. Humor mi się poprawił cudownie, a zapowiadało się tak mizernie.

nietypowa lekcja

Tagi

, ,

Wczoraj mieliśmy nietypową lekcję portugalskiego. Ostatnio zauważyłam, że lekcje takie zwykłe zaczęły nam się nudzić. A właściwie od jakiegos czasu już gadamy więcej po angielsku niż po portugalsku. Wymyśliliśmy , więc dla odmiany lekcję gotowania. Oczywiście będzie to bacalhau. Na poprzedniej lekcji dostaliśmy listę zakupów. Mieliśmy do wyboru kupić mrożoną rybę lub przygotować ją tradycyjnie z tego suszonego na słońcu, słonego kawała co straszy smrodem w supermarketach. Spreparowanie go tak, aby jednak nadawał się do jedzenia zajmuje więcej czasu. Ja uparłam się na tego śmierdziucha i zobowiązałam się zadbać o niego. Chodzi o to, że trzeba trochę się pofatygować na dzień wcześniej. Panią w sklepie prosi się, aby pokroiła już tą podeszwę na specjalnej maszynce. Kawałki takie potem wrzuciłam do ogrmonego garnka – skórką na dół i zmieniałam w nim od rana wodę co 3-4 godziny. Ryba jest tak słona, że jest to zabieg konieczny. Następnego dnia wystarczyło zmienić tylko wodę po nocy aby na wieczór wszystko już było gotowe do dalszych czynności.

Zuzana, nasza nauczycielka, przygotowała przepisy napisane po portugalsku. Ale i tak słuchaliśmy po prostu tego co mówi po angielsku.

Wylałam w końcu wodę po dorszu. Kapciowata ryba zrobiła się mięciutka.

Bacalhau com Natas

Rękoma odrywałyśmy mięso od skóry i ości. Wychodziły z tego takie dosyć drobne strzępy. W międzyczasie ktoś kroił cebulę w krążki. Potem smażyliśmy ją na oliwie z oliwek w garnku aż stanie się miękka i żółciutka. Kupne, mrożone ziemniaki pokrojone w kostkę wsypaliśmy na blachę i wstwiliśmy do piekarnika. Do cebuli dosypaliśmy naszego dorsza, trochę soli i pieprzu. Pod przykryciem pichciliśmy to mnej więcej tyle czasu ile potrzebowały ziemniaki. Potem wszystko należało połączyć z odrobiną potarkowanego żółtego sera (queijo da ilha o wyjątkowym samku), ułożyć w żarodopornnym naczyniu i polać śmietanką kremówką. Danie piekliśmy około 30 min, do czasu gdy z wierzchu się przyrumieniło. W oczekiwaniu przrządziliśmy jeszcze sałatkę z sałaty, cebuli, oliwy z oliwek i z dodatkiem octu balsamicznego. Na wniosek jedynego chłopaka w naszym towarzystwie, zabrakło tylko kolendry, która podobno skurcza siusiaka. Z tego co nauczycieka opowiedziała: w Japonii jedzą jej dużo a w Afryce mało i dlatego jest jak jest. Taki właśnie zabobon krąży tutaj w Portugalii.

Na drugie danie mieliśmy samodzielnie sporządzoną, pyszną, czerwoną sangrię.

Zuzana co chwilę rozbawiała nas historiami ze swojego barwnego życia. Mieliśmy nawet pogadankę o narkotykach, gdzie mogłam podzielić się swoim doświadczeniem z oddziału psychiatrycznego. Do marihuany mają tu chyba wszyscy bardzo luźne podejście. Ja niestety mam bardzo nieluźne, czego nie ukrywałam. Cóż, świata nie zmienię!

Odprężyłam się i dałam się zaczrarować smakowi sangii. Właśnie taką Portugalię chciałabym mieć, no może nie z taką dawką alkoholu, ale wesołą, swojską i inteligentną.

Wszyscy zgodnie orzekliśmy, że przydałoby się powtórzyć tego typu ‚zajęcia’. Nie wiadomo jednak czy los da nam jeszcze szansę. Zuzana aplikowała niedawno do pracy w Timorze Wschodnim. Interview ponoć poszło całkiem dobrze, więc być może będziemy musieli się niebawem rozstać.

Cała lekcja zakończyła się po 3 nad ranem.